Dywagacje sobotnie
Marian Jedlecki

Nie będę oryginalnym, jeżeli powiem, że faktem jest, iż każdy dzień to niewiadoma. Większa czy mniejsza, zależna od okoliczności – ale zawsze w podtekście jest znak zapytania. Co będzie, co nas spotka, a w głębi siebie obawiamy się jednego – mianowicie – boimy się zaskakiwania przez to, co nieprzewidywalne. Mam ten strach w sobie, bowiem jest to odruch warunkowy w/g Popowa, będący artefaktem rodem z głębokiej przeszłości. Stąd też i przywoływanie nadziei, jako tarczy obronnej, przez tym, co nieprzewidywalne. I to jest rzeczą normalną, że nasza noeza jest ta bronią, bo inaczej, nie moglibyśmy normalni egzystować. No, faktem tez jest i to, iż nadzieja jest także balsamem duszy i (w pewnym sensie, oczywiście) motorem napędowym działań, chęcią do zaliczania kolejnego dnia, wyczekiwania realizacji snów, etc, etc. Moje życie jest właśnie taką wielką niewiadomą i jeszcze większym wyczekiwaniem – jakby na zapomnianej przez boga i ludzi stacyjce zagubionej w lasach, przez którą nikt nie wie, czy przejedzie jakikolwiek pociąg. Kiedyś sądziłem, że ze mną jest „coś nie tak”- kolokwialnie rzecz ujmując. Ale, kiedy rozpatrzyłem się wśród moich znajomych, uznałem, że właściwie we mnie nie ma niczego nienormalnego. Wszak większość ludzi żyje dniem codziennym, jakby „jałowo” nie myśląc albo inaczej – starając się nie myśleć dalekowzrocznie. Są sfrustrowani małżeństwem, partnerem, pracą, niemożnością samorealizacji, wieczną pogonią za nierealnym albo za ułudą. Nieliczni umieją Jak Ty Moja Droga, wstawać rano, spoglądać w okno, dostrzegać dobre strony nawet wtedy, kiedy pochmurnie a deszcz łzami zmywa szyby. Ja, znajdując się w stanie permanentnej indoktrynacji – stworzyłem własny świat, zupełnie inni od tego rzeczywistego. Jest to moja tarcza ochronna i osobiste eremitorium.

Tu czuję się u prawdziwie u siebie, bowiem tu ja stanowię prawo. A siebie wszak nie wypada krytykować – ooooo – znowu Narcyz ze mnie wychodzi. W każdym razie pozwala mi to na spokojniejsze nieco pisanie, chciał, cóż- nie zawsze moja „przestrzeń życiowa i powietrzna” jest niezakłócana. Ale, to są te pejoratywne czynniki, o których pisałem powyżej. I najlepiej, tudzież bezpieczniej jest ignorowanie natręta. Nie ukrywam także, że nie jestem łatwym we współżyciu pomimo empatii. Mam tu ,oczywista, na uwadze relacje międzyludzkie, których nie uniknie się, będąc członkiem jakiejkolwiek społeczności. Jest mi trudniej, ponieważ jestem klasycznym typem samotnika. Uwielbiam być samym z sobą. Ja, książki, komputer, myśli, ulubiona muzyka.- marzenie, ubolewam, że nierealne, taka moja pia desideria. Zeusie Gromowładny – gdybym miał możność wyjazdu na jakiś czas, do głuchej, zabitej deskami sosnowymi bądź jakimikolwiek, leśniczówki zagubionej w lasach albo i bagnach – byłbym najszczęśliwszym z ludzi. Ja, przyroda, cisza, drzewa, moje myśli, zupełny brak codziennego widoku ludzi i ich pejoratywnych zachowań – to byłoby szczyt mojego wymodlonego szczęście. Ale to tylko moja, niestety, pia desideria. A szkoda. Mam do skończenia kilka opowiadań, felietonów. Jakoś nie mogę się skupić, aby dokończyć przynajmniej dwie książki. Dobrze, że mam na podorędziu kilka tomików napisanych wierszy. Niestety, nie wydanych drukiem. Przyczyna? Prozaiczna – chroniczny brak pieniędzy, ostatnimi czasy. Nie mam też przemyślanego do końca tematu do zaplanowanej, kolejnej książki. Trzy napisane i wydane drukiem książki – to wymóg stawiany przed ZLP, przez przyjęciem w ich szeregi, patetycznie rzecz ujmując. Potrzebuję spokoju, samotności i tylko podglądania zjawisk i ludzi, byle z daleka. Owszem, łatwo nawiązuję kontakty, ale po 15 min. mam dosyć jałowych rozmów o niczym, że nie wspomnę o dyżurnym temacie pt. „Polityka”. Nudzę się wtedy setnie i dyskretnie spoglądam na zegarek, patrzę jakby tu ulotnić się, nie obrażając interlokutora. Nie pomaga to i nie sprzyja znajdowaniu materiałów, chociaż przyznaj – nie do końca to prawda. Jednakże, jestem tak skonstruowany, iż uznaję zasadę Brudzińskiego – „Uwaga, człowiek. Dziękuję pójdę inna drogą” – i nie ma w tym żadnej dyfamacji, może tylko nieco dadaizmu. Dobra to zasada, bowiem pozwala uniknąć spodziewanego i przewidywalnego zachowania dwunożnych wełniaków (to moje własne określenie przedstawicieli własnego gatunku, nie wyłączając mnie samego – i nie przeproszę nikogo, siebie też nie…). Zapewne z wieloma moimi sugestiami i sposobem widzenia rzeczywistości się nie zgodzicie, ale… No, właśnie… Cóż by to było, gdybyśmy radośnie przytakiwali sobie wzajem? Nie byłoby inteligentnie (mam nadzieje, że potrafię rozmowę takową prowadzić) tudzież byłoby bardzo, ale to bardzo nudno. No, więc wzywam w tymże miejscu drugą moją zasadę – „Kiedy nudno – czym prędzej czmychaj”
Zanudziłem swoimi dywagacjami? Więc zgodnie z własną zasadą – uciekam, pozostawiając serdeczności i uśmiech (wcale nie złośliwy)
Ot, co.

Comments

comments