Marcin-Jodlowski poetaZielone Życie
Marcin Jodłowski

Życie nie jest kolorowe. A najbardziej nie jest zielone. Bo jeżeli zielone, to w tylko w parku.
A mnie przejechał kac jak ciężarówka. Wystartował w okolicy płata skroniowego, ominął pień, zaczepił zderzakiem o węchomózgowie, po czym, nabrawszy prędkości, rozjechał lewym kołem Łuk Hipokampa by po krótkim, acz bolesnym hamowaniu na podwzgórzu, wedrzeć się w głąb neocortis, miażdżąc po drodze nerw wzrokowy. Po omacku, natykając się tu i ówdzie na but i inne osobiste części garderoby, oraz zmieniając tempo pełzania, dotarłem do zbawczej lodówki. Przywitał mnie oczekiwany chłód, ale zaskoczyła mnie niemile pustka miejsca przeznaczonego skądinąd do zawierania w sobie czegokolwiek, choćby – jak w moim przypadku – plastra żółtego sera lub resztek łaciatego w chemicznej butelce. Przez chwilę, w duecie z lodówką, z głową w jej wnętrzu, rzucałem klątwy w stronę pustych półek. To znaczy – ona radośnie pomrukiwała a ja kląłem tak, że pan bozia nie da mi ani chybi rozgrzeszenia. Przerwałem, gdy zrozumiałem, że jedynym, dodatkowo nieszczególnie świeżym produktem wypełniającym wnętrze lodówki, jest moja skacowana łepetyna.
Nie ma rady, trzeba iść do sklepu, skonstatowałem ściągając językiem szron z podniebienia. Bezsilny, samotny porzuconemu światu (przed kilku dniami z powodu idiotycznych 30 zł odcięto mnie od Internetu), postanowiłem przybrać pionową cokolwiek chwiejną pozycję. Marzyła mi się 1.5 litrowa Muszynianka albo mleko, ze wskazaniem na dwie butelki chłodnego Żywca. Do sklepu nie miałem daleko, ale pobieżne ablucje oraz przesuwanie mebli w celu odnalezienia spodniej odzieży, zatrzymały mnie w pokoju jeszcze przez jakiś nieznośny czas. (aczkolwiek krótki)
Z powodu braku w pobliżu pilota od TV nie obejrzałem południowych wiadomości. I to był pech. A może poważny błąd nawet. Ale – do cholery – skąd wiedzieć mogłem, że owładnięty myślą o browarze, wytwarzać oto poczynam nie tylko sen o tańczącym na brzegu stołu kapslu, ale także generować całe zbiory kapsli, które – zogniskowane wokół nieznośnego pragnienia – przemieniają się w szeregi, w Himalaje zdarzeń, w których przyczyna i skutek to ta sama cześć całości, tak, że cokolwiek przedsięwezmę, przy pierwszym już ruchu staję się echem przyzywającym następne zdarzenie i że owe zdarzenia owijają się wokół mojej głowy, szyi i ramion, łańcuchem skutków, wciąż bardziej nieuniknionych, ukierunkowanych na psychiczną destrukcję, okupioną cielesną torturą ruchu każdego, nawet niepowziętego.

***

Oblekając ciało w odnalezioną odzież, walcząc z zamkiem, który u drzwi przez noc do cna zardzewiał, przemykając chyłkiem korytarzem, sunąc pod ścianą kamienicy chwiejnym krokiem w stronę najbliższego sklepu spożywczego wyposażonego w Muszyniankę średnio gazowaną, nie zdawałem sobie sprawy, że najcięższe ma dopiero nadejść
Wcześniejszy ból wywołanym zderzeniem z własną głową, oraz walką z bezwładem ciała przepełnionej resztki wczorajszej towarzyskiej zakrapianej dysputy, tudzież cierpieniem towarzyszącym każdej próbującej się wykluć myśli – to wszystko było jedynie preludium przed ciosem, który toczył się już z naprzeciwka nieubłagany, ciężki jak kafar, nieuchronny jak zły występ polskich posłów podczas któregokolwiek nasadzenia Sejmu.

***

Jeszcze cieszyły mnie wyludnione ulice, jeszcze radowała szara chmurka, która wychynęła zza miedzianego szpikulca wieży kołobrzeskiej Katedry, by obetrzeć mi spoconą wędrówką skroń.
Żyję, wszak żyję jeszcze! – wrzasnąłem w stronę przechodzącego w pobliżu kota. Niestety, z ust wypełzł jedynie suchy skowyt. Zęby jak traki cięły słowa na wióry, rozdzierały wyrazy, zamieniały dźwięk w trociny. Wystraszony kot rozdarł się nie gorzej ode mnie i przerażony i dał dyla w okno pobliskiej piwnicy.
To nic, zaraz się napiję… Napiję, a może nawet coś zjem. Tak, zjem jabłko, gruszkę i rogala. Najlepszy byłby kiszony ogórek. Kupię sobie dwa a nawet zupkę w torebce, kupię piwo, makaron i maślankę. Będzie lepiej, będzie dobrze. Jutro – nie, pojutrze, pójdę do kościoła. Wkrótce święta. A później codziennie, później każdego dnia będę robił pompki. I będę pił maślankę. I jajka jadł będę. Całe stosy jajek od kurek z wybiegu. I będę kupował wołowinę. A także wątrobę. W wołowinie jest proteina a w wątrobie jest żelazo. Będę silny, zdrowy, wypoczęty. Tylko, ja nie jadam mięsa. I broń bożego dziecka krowy. Nie jestem wszakże potworem.
Co to? Co to ma do cholery znaczyć? Remont jakiś? Remont w nowym sklepie? Drzwi zamknięte, w środku ciemno. Cisza dziwna, bezgłośna, milcząca, złowieszcza. Pusty sklep, puste ulice, nad głową nieboskłon, od Boga pusty. W centrum nieba ptak – zdechł w słońcu i wisi. Poczułem, że nadchodzi kłopot z sercem. Nieuchronny, coraz bliższy. Tętno to zwalniało, to przyspieszało, potykało się o aortę i zamierało zablokowanymi zastawkami, poza którymi serc bezsilnie nasłuchiwało pękających w żyłach baniek z tlenem. Nie… To jeszcze nie zawał, ktoś nadchodzi. Dziecko, dziewczynka z żółtym balonikiem w jednej i z gałązką w drugiej ręce. Zieloną gałązką. Palemką.
Palemką? Jasna cholera – czy dzisiaj… Przecież dzisiaj… Przepraszam dziewczynko, dlaczego sklep jest zamknięty? – wychrypiałem w stronę dziecka. Mała roześmiała się i zamachała mi przed oczami zielonym badylem. Nie jestem żadna dziewczynka tylko Kasia! – zawołała. A pan nie wie, że dzisiaj są Zielone Świątki? Nie szedł pan w pochodzie? Ja szłam, ale teraz muszę się wysikać – szepnęła i ruszyła w stronę najbliższej kamienicy. Przebiegła kilka kroków, po czym zatrzymała się na moment i zawróciła w moją stronę. Jak się pan pospieszy, to jeszcze pan zdąży, są dopiero przy szpitalu. Słyszy pan jak śpiewają? Niech pan weźmie palemkę to pana wpuszczą do środka.
Przeżyłem dzięki płazowi. To pełznąc to raczkując, trzy ulice dalej trafiłem na otwartą Żabkę. Zanim podniosłem się, na klęczkach wczołgałem się za ladę i przypadłem do stóp dwóm ekspedientkom.
– Kocham was bezbożnice! – chrypiałem. – Kocham ciebie córko Kaina i ciebie Żydówko! Kocham was poganie, Murzyni i Cyganie! – chrypiałem w stronę nieba, Bądźcie pozdrowieni grzesznicy, innowiercy i agnostycy – powtarzałem, sypiąc przy kasie bilon z portfela.
Dziękuję Ci apostato za uratowanie życia! – rzuciłem przy wyjściu w stronę ochroniarza.
Amen…

Comments

comments