OŁTARZ MIŁOŚCI
Kazimierz Surzyn

Czytając dzieła Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej,
nie mogłem się skupić i do początku wracałem.
Myśli wciąż nowe wirowały w głowie, w sercu
i po pokoju jak gwiazdy po niebie.

Gdy weszłaś tańczyły cztery ściany,
sufit z białości płonął, żyrandol balował po orbicie,
w oknach gotowały się szyby.
Moja dusza gdzieś była daleko,
ciała wcale nie czułem.
Egoizm dogorywał na piaszczystych wydmach,
na wodach dalekich oceanów. Samowystarczalni,
choć z wadami jak każdy. Bez słów: kiedy wreszcie,
czy w ogóle kiedyś, dopóki, jeśli, o ile, natychmiast, teraz.
Patrzyłem na twoje kontury
jak malarz w swój obraz natury.

Dusza i ciało z siłą wróciły.
Ciało odtąd stało się tobą i mną nierozerwalne,
a dusza była taka leciutka,
jakbym obejmował rozhuśtaną wichrem brzozę,
jakbym połykał ptasie mleczko,
zaś podniebienie prosiło o więcej,
jak gdybym spijał miód z powierzchni kwiatów.
Mapa doświadczeń, kaskady płomieni,
oddech konwalii, w źrenicach zatracenie,
usta głodne, syte, znowu głodne, ostateczne wypełnienie.
Twarze stopione płomieniem świecy,
na ołtarzu miłości złożonym z nas dwojga.

Comments

comments