W Mackach Obłędu (cd mojej książki)
Marian Jedlecki

Mój czarny o zapomnianym imieniu kot, patrzy na mnie leniwie mrużąc niebieskie oczy. Twoje oczy. Głaszczę go i wyobrażam sobie, jak miękkie futro dotykiem mojej dłoni zmienia się w Twoje jasne włosy. Takie miękkie, zawsze ułożone tak perfekcyjnie, że siłą woli opieram się pokusie, by ich nie zburzyć. Z kubkiem gorącej kawy w dłoniach stoję na małym trójkątnym trawniku przed domem, spoglądając w te same gwiazdy, w które jak czuję, Ty właśnie patrzysz. Myślę o tym, jak dostać się do Ciebie. Na skrzydłach marzeń, jak Dedal szybuję nad Tobą, gdy śmiejesz się, śpisz, płaczesz, po prostu… żyjesz. Jak dobry duch – widzę Cię wyraźnie, lecz nie mogę dotknąć. Za daleko. Dzieli nas ocean wieczności. Nie poddam się. Myślę, jak skrócić te niewymierzone przez astronoma odległości, jak zwinąć w ciasną pętlę czas i przestrzeń, zrobić czarną dziurę, wejść w nią i może uda się choć o jeden parsek a może astronomiczną sekundą zbliżyć do Ciebie. Tęsknię za Tobą – trzynasta sekunda każdej minuty mojego życia jest poświęcona Tobie. Bo trzynastka to szczęśliwa moja liczba, a ja chcę… być szczęśliwym… przecież właśnie tego chcieliśmy. Łagodny blues i zadowolone mruczenie głaskanego nienazwanego przez Ciebie kota. A ja przynoszę Ci niewidzialny pocałunek zniewolonej tęsknoty. Ty o tym nie wiesz. Nic także nie czujesz …nic. Wspomnienia i marzenia tworzące iluzję miejscowego znieczulenia, zastępujące siermiężną, niechcianą rzeczywistość. Mniej boli. Chyba… Obrazy – hasła, sprowadzające się zawsze do “my”, “nasze”, “razem”, “wspólne”, “będziemy”. Ta zwyczajna rzeczywistość dzielona pomiędzy dwoje, przestaje być tylko taka zwyczajna. Czemu nie mogę po prostu wrócić do domu i zastać tam śladów Twojej obecności? Wiedzieć, że wkrótce wyjdziesz z łazienki w krótkiej koszulce, zakręcisz boso po miękkim dywanie i wpadniesz mi w ramiona z tym swoim pełnym radości śmiechem?! Jadę do Ciebie… natychmiast… na kolejną krótką namiastkę wspólnej wieczności i zapomnienia. Przy odrobinie dobrej woli podarujmy sobie iluzję nieba. Fatamorganę urzekającej rzeczywistości. Och, te moje marzenia…


***
I będzie to blue happy heaven. Ktoś zapomni o nas. Bóg też zapomni o nas. Gorzkie łzy płynące spod Krzyża już nie będą codziennością. Nie martw się, przecież to Bóg stworzył grzech. Po cóż się wyzbywać grzechu, skoro to rzecz boska? I w tym też jego grzech. Nie obawiaj się… stworzył nas. Według własnego krzywego lustra…Stworzył, bo na chwilkę zapomniał o swoim grzechu. Dlatego my, nie będziemy grzeszni. Cokolwiek z sobą uczynimy. Teraz i w przyszłości. Przecież bonum ex molo non fit. Panie.. gdybyś był miłosiernym, jak werbalnie głoszą Twoje sługi, nie pozwoliłbyś na deptanie Jej i mojej duszy. Kochałbyś nas oboje, jakimi jesteśmy, nie groziłbyś nam piekłem, nie wystawiałbyś nas na bolesne i bezsensowne próby, ufałbyś nam, pozwoliłbyś nam żyć pełnią uczuć i impulsów – ufając, że właśnie na tej Ziemi będziemy zdolni doświadczać silnej i prawdziwej miłości, miłości, zgodnej z Twoją nauką, która jest przeciwieństwem bezmyślnego obowiązku i posłuszeństwa a rozwija się jedynie z doświadczania bycia kochanym. Przyszła jesień. Zapewne widzisz to w tym swoim odległym parku. Brodzisz w liściach wokół znanej mi parkowej ławki i z każdym szelestem jestem coraz bliżej Ciebie, bliżej Twoich myśli. Było już coś o kawie, kotach i jesieni. O Tobie i mnie; o odległościach, które skracam wyobraźnią. To nie dayá vu. Nie mamy jeszcze wspólnego kota, nawet siebie nie mamy, ale… leżę w łóżku z namiastką Ciebie przy uchu – wyimaginowanym Twoim głosem. Sercem popadam w rytm Twojego. Chcę być, chcę istnieć, chcę żyć Twoim rytmem. Och, te moje marzenia… *** Zezwolono mi marzyć. I mogę marzyć inaczej. Ale Ty uwięziłaś mnie w próżni. Czy jestem cieniem dziwacznym, w słońcu niewidocznym a duchem żyjącym? Czy ranię zbyt łatwo, na innych nie patrzę… a uśmiech z mgły zrobiony? Tak… ja jestem słowem niepokornym, przekleństwem, czasem balsamem na bolącą ranę, bezimienną iluzją a czasem cierpieniem. Niczego nie oczekuję, wszystkiego nie obiecuję. Być może straciłem, co straciłem i czas tylko wygrywam… Błąka się jeszcze w myślach bajka z dzieciństwa, przynosząc pogubione złudzenia. Idę drogą a na jej końcu i tak zaczajona moja Nemezis… Ale ja… tak naprawdę nie chcę postrzegać życia przez pryzmat niespełnionej miłości i znam trudną sztuki dostrzegania jej piękna… dlatego, aby mnie zrozumieć, staraj się usłyszeć to, co powiedziałem to, czego już nigdy nie powiem i być może, nigdy nie powiedziałbym… Zrób to, proszę… Trudno mi to objaśnić. I wcale nie w tym rzecz, że ja pożądałem ciebie, a ty pragnęłaś mojego pożądania. Nie, absolutnie, nie… Nie byłaś żadnym grzechem tymczasowym, z którego mógłbym się wyspowiadać, a za chwilę grzeszyć od nowa. Przypomniało mi się nasze ostanie spotkanie, bukiety ciepłych słów układanych podczas naszych rozmów, zajmowanie wzajemne swoich myśli, gdy tak bardzo było mi źle i tak mocno gdzieś, w środku bolało. Przypomniałem sobie jak bardzo polubiłaś, kiedy za każdy bukiet Twoich słów, całym sobą mówiłem, że jesteś mi bliska. Dzisiejszej nocy znowu nie mogłem zasnąć. Wiem, czuję, że nie tylko ja. Na drugim końcu wszechświata od długiego czasu nie może spać kobieta, ponieważ nie całkiem uwierzyła we mnie a ja nie umiałem wydobyć z siebie dostatecznej odwagi, całej dobroci, czułości i tkliwości, bo znowu słyszę poprzez opary męczącego snu – “życie takie jest, a ja przecież nie zdążyłam Ci powiedzieć…”. Hmm…Dzisiaj wyślę skargę do Pana Boga i poproszę, aby jej przekazał, że to nieprawda. Że się ja wiem… Poproszę także o permisję od życia. A jutro kolejny już raz, wszyscy mnie znienawidzą. Twój Bóg i ty..

Comments

comments