W Mackach Obłędu
Marian Jedlecki

(fragment mojej nowej książki)

Zastanawiam się często, co ludzie naprawdę wiedzą o życiu. Nie to, abym usiłował pouczać, bo sam mam braki w tej materii. Ale oni nawet śmierć mają za nic, dopóki ich nie dopadnie. Czy to nie jest wręcz idiotyczne? Wytruć cyklonem miliony ludzi, doprowadzić do nieszczęść, wywoływać wojny, które i tak nie wstrząsną sumieniem świata – a później taplać się w udawanej nieświadomości. Więc dobrze tu jest, wygodnie, pięknie, ale wszystko to jakieś paralityczne, rachityczne, nieprawdziwe.

***

Otóż jestem sensualistą, moja namiętność życiowa polegała na tym, aby spróbować wszystkiego, co dozwolone i niedozwolone, żeby zabijać bez względu na skutki, strach przed samym sobą. Gustowałem nie tylko w trunkach, gustowałem w kobietach. Hazardu nie znosiłem nawet w miłości. Chociaż moją najtrwalszą miłością była pierwsza dziewczyna, Grażyna. No i moja z samotność z wyboru. Tak, moja samotność i ciągłe spojrzenia. Poranna marszruta do łazienki i do komputera. Usiłowałem żyć pełną piersią, ale mało to się, komu udaje, więc i mnie się nie udawało. Zawsze jakieś niewczesne skrupuły albo pech, albo coś podobnego. Zawód miałem wymarzony i „pływający”, czyli byłem marynarzem, przynajmniej kręciłem się po świecie. Cóż, mając czterdzieści parę lat, przeżywałem kryzysy, o czym wiedziała tylko moja mama i lekarz. Popadałem w taką depresję, że usiłowałem popełnić samobójstwo albo uciekać w bezmyślność. Nic to takiego jak wiadomo – ot, takie bezsłowne wołanie o pomoc. Leczono mnie w oddziale szpitala psychicznego paskudną chemią i to tak skutecznie, że całej wstrętnej kuracji nie zapominam. Zawsze byłem wrażliwy na stres, ale wtedy bliskie mi osoby tego nie bardzo to rozumiały. Cóż, takie to były czasy, a wiedza lekarska do wielkich nie należała. Świat zamykał się głucho przede mną, nie mogłem pracować, pisać, słuchać radia, bywałem w morzu nicości i martwoty, to i uciekałem w alkohol, a wtedy lęk wyganiał mnie na balkon, gdzie dusza prawie wyskakiwała z piersi. Ostrożnie, bardzo ostrożnie rozglądam się z wysokości, ale nic się nie dzieło. Dużo dwunożnych mrówek z reklamówkami. Więc powolutku wychodzę z samotni. Raptem – syrena, megafon ogłasza: ludzie ukryjcie się przed wariatem! Trzask – Oho, już wprowadzają stan nadzwyczajny! Więc przygotowuję się na każdą okoliczność! Żadnych gwałtownych ruchów, bo skończy się katastrofalnie. Poprawiam torbę na pasku, łokciem do boku przyciskam. To ostatnia rzecz, którą nie wolno mi utracić – tam piersiówka. Jestem sam. Strach. A wokół – obcy. Wieczór nadchodzi. Idzie czarny cień. Gdyby tylko wiedzieć, co mi grozi.
Spoglądam za siebie i spoglądam. Nie jest aż tak źle, na razie sytuacja pod kontrolą. Więc emanuje z niej mimo groźby, jakiś urok syndromu sztokholmskiego. Osobliwe bywają takie ambiwalentne odczucia. Czy można się domyślić, co czuje zagubiony wśród łowców głów? Ok – mam się wciąż na baczności i uważam, aby mi nikt nie stanął za plecami. Trochę gęsiej skórki na plecach, ale to nic. To nic.

***

Nie lubię, kiedy ludzie mnie potrącają albo straszą, wydaje mi się to niewłaściwe i obrzydliwe. Ostatecznie – może pomocne będą moce nadprzyrodzone? A są? Więc jeżeli są, to nie ma żartów. I próżno deliberować – kto je wypichcił. Jakaś sekta, zrzeszenie idiotów, albo zdewociałe indywidua, które dla rozrywki urządzają niecne kawały? I klątwami szastają. E tam – klątwa w naszych czasach tak rzadko bywa stosowana, że jak się wreszcie trafi jakieś Apage Satanas, to skóra na człowieku cierpnie. Co innego auto da fe’. Wtedy, a raczej potem nic się nie czuje. Dobra, a jeśli w harmonijce między korytarzami przyczaił się łaps? I czeka, by mnie wdeptać w glebę? A ten korytarz zapycha akurat jak Niagara. Ostrożnie wyjrzałem zza barierki. Jest! Cień wyraźny majaczy w cieniu dolnego korytarza. No, to ja go za pysk. Ostro i zaskoczyłem drania – natychmiast zaczął udawać podpitego kundla. A skubańcu, masz szczęście, że nie umiem nikogo tknąć palcem. Każdego, nie tylko zaślinionego pijaczka. Przecież to okrutny dyshonor. Podekscytowany tym, co się wokół mnie dzieje, umysł mój pracował sprawnie, ale jakby w lekkiej gorączce korzystając z niezdyscyplinowanej piersiówki. Fakty kojarzyłem prawidłowo, z obserwacji wyciągałem bezbłędne wnioski. Zwłaszcza mój instynkt, który całe lata używam, służy mi w podobnych sytuacjach i chwilach zagrożenia, bo niebezpieczeństwo czai się tuż, tuż. Ano, proszę bardzo, panie i panowie, uderzajcie bardzo proszę, bo wokół mnie i tak tężeje atmosfera. Błyskawicznie wypiłem łyk wódki. A wy wszyscy przyglądacie się z politowaniem, jak odkręcam butelkę i z lekka drżącą dłonią napełniam kolejny dyżurny kieliszek. Czy musieli obserwować mnie tak bezczelnie? I śledzić każdy mój ruch? Jak mam w takich okolicznościach zachować spokój? Czekają sępy, aż zacznę się dusić, wtedy łopatą przyklepią pijaczka. Tylko wtedy szkoda będzie upitej butelki.

***

Rozzłoszczony Bóg spojrzał na mnie, zaś oczy jego mówiły: „A ty spłoniesz bezbożniku! I nic ci nie pomoże. A w ogniu piekielnym spłoniesz! I tyle.. Groził mi Sądem Ostatecznym. Ni mniej, ni więcej. Tymczasem ja nigdy nie wierzyłem w piekło. To chrześcijanie wierzą w piekło, choć to nie jest do pogodzenia z miłosierdziem ich boga. Ale oczy jego pałały takim ogniem potępienia, że oblał mnie zimny pot, poczułem się zniewolony, jakbym patrzył w ślepia Złego, kobry albo szalonego derwisza, który wielkim głosem wyje: „Bądź przeklęty! Bądź przeklęty!…” Czerwone kręgi szły z jego oczu, całe w kolorze krwi. I mój strachliwy rytm serca, nad którym tylko on miał władzę. Tajemną mocą mógł spowodować, aby mi na poczekaniu serce pękło. W trwodze zacząłem bełkotać: mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa!… I oto ujrzałem raptem swoje serce. Oplecioną siateczką win niepopełnionych, pulsujące, obłe i jakieś takie cherlawe. Żywe, przypuszczam, bo to po pokajaniu się i wzięciu na siebie cudzych win i to niepopełnianych jeszcze.
O, dzięki ci jakikolwiek Boże, bo dalibóg, zawiniłem tylko tym, że jestem i żyję. To mało? Wszak przed chwileczką anioł śmierci musną mnie skrzydłem, wiechciem raczej, można powiedzieć, takie bydle, wyposażone w nieznane siły, groźniejsze niż przypuszczałem. Dał mi poczuć zapach zgnilizny i śmierci, i tym wystraszył mnie tak, jakbym musiał zaraz skonać.

Comments

comments