Pocałunki
Teresa Klimek Janota

A cóż to, światło księżyca na skarpie, by kontur nie runął?
Może wystarczy nieba w źrenicach pantery w pogoni za płatkiem
w chmurach, żadnych innych śladów, są takie zmysłowe,
wabią drapieżnika.

To ja, kobieta której nie było, wciąż zmieniam cię w swoich
oczach wraz z upływem czasu, majak, przywidzenie, kawałek
osiego skrzydła pod niebem rozpiętym nad karkiem, tu
zaczynałam rozumieć egzystencjalną konieczność pokłonienia
się przed cudem nagiego ciała – spektakl złotej plamy,
żądło osy nasączone bólem, zrozumiałam jak daleko
mi było do prawdziwej miłości.

Piękno tej jednej chwili – i niczego więcej, potem wymykanie
się w wody górskich potoków, te same, co pozwoliły na śmiały
krok w głąb – przyjęcie bliźniaczego nasienia.
Głodne bestie języków – nie mogły się nasycić do woli,
wszak twarz i usta to coś niezwykle
wyrafinowanego.

Uśmiecham się do ciebie, właśnie dorosłam do życia
a jednak karcę samca i drżę z odtrącenia.

20.06.2019

Comments

comments